Nie interesuje mnie wybiegowa moda.
Średnio obchodzi jesień-zima, wiosna-lato, London Collections: Men i kto jest na okładce nowego numeru Love (i tak wiem, że to Cara).
Przestała mi się podobać idea, że przez kilka wyraźnie wytyczonych dni modna spódniczka z falbanką staje się niemodną spódniczką z falbanką. I choć bardzo lubię patrzeć na to co noszą ludzie, którzy zawsze są kilka kroków przede mną i podkradać im pomysły to i to chyba nie wzbudza we mnie już takiego entuzjazmu jak kiedyś.
To znaczy, wyjaśnijmy to sobie - nadal lubię ciuchy, nadal lubię dobrze wyglądać i nadal wydaję fortunę na beznadziejne szmaty z wyprzedaży tylko dlatego, że chcę, że mogę i że jestem przykładem idealnego, dwudziestokilkuletniego konsumenta, ale nawet sama praca w sieciówce sprawia, że czasem staję na środku sklepu i nagle zawracam, bo męczą mnie tanie materiały, żarówiaste światła i te okropne, sztuczne zapachy, które ostatnio stały się bardzo modne (w sensie zapachy sklepów, no wiecie, te które rozpylają wam pod nosem. UH.).
I wiecie co? Cieszę się z tego.
Częściowo spowodowała to moja szkoła, na dwóch biegunach - z jednej strony miałam możliwość zobaczyć, że MODA to nie tylko burgund i mięta, baskinka i, hm, na tym kończy się moja znajomość krojów bluzek, ale też sztuka, nauka, technologia, jedzenie, bla, bla, bla, bla, milion innych rzeczy. Z drugiej - poznałam osoby, które swoją egzystencję opierają na datach fashion weeków i ciągłym podkreślaniem na każdym możliwym portalu społecznościowym podobieństwa swojego życia do tego z "Diabeł Ubiera się u Prady". I zobaczyłam jak szalenie groteskowo to wygląda.
Przykro mi, ale świat mody to nie diabeł ubierający się gdziekolwiek, a modowe studia to nie oglądanie pokazów z wybiegów i dyskutowanie o najnowszym pre-Fall Celine (ślicznym jednak) i pokazie JW Andersona na LC:M z lampką szampana w ręku. A moimi pracami zaliczeniowymi nie są stylizacje na blożku i kolaże zdjęć z Tumblra.
Częściowo spowodował to na pewno Londyn - mówcie co chcecie, ale przy powrotach do Polski za każdym razem czuję jak straszliwie wszyscy analizujemy się tutaj nawzajem, przyglądamy sobie, sprawdzamy czy jesteśmy lepsi od innych. Sama łapię się na tym cały czas. Tu w sumie mogę założyć albom moje ładne ubrania albo pracowniczą koszulkę uniqlo ze ślicznym napisem "HEATTECH" na piersi i jeansy za 9,90 też stamtąd, a i tak nikt na mnie nie spojrzy. A nawet jeśli spojrzy to upewni się, że myślę, że spoglądał na reklamę albo rozkład metra (które, przy okazji, ma dzisiaj 150te urodziny, juhu!).
Z racji tego w jaką stronę chcę jednak podążać w przyszłości, bez względu na to czy zostanę przy mojej broadcastowej specjalizacji czy nie, muszę w trendach wybiegowych się orientować. I tak, wiem co będzie modne wiosną, ale nie wiem czy będę za tym ślepo podążać.
Więc proszę, proszę, proszę, nie bierzcie mnie za dziewczynkę, która wie jak się ubrać, żeby pasowało. Albo, nie wiem, ma na paznokciach zawsze najmodniejszy odcień czerwieni, bo chyba nią nie jestem.
I ok, pora przyznać się, że piszę to tylko dlatego, że chyba się przeziębiłam, więc leżę w łóżku i jest mi niesamowicie nudno, na przeczytanie czekają na nocnym stoliku dwie książki, których tytuły brzmią super ciekawie i dotyczą tego co mnie interesuje, ALE nie wiem czemu nie chce mi się ich nawet otwierać, a tak w ogóle to dostałam A z ostatniej pracy i poczułam się jak najbardziej genialny student jakiego London College of Fashion miało kiedykolwiek w swoich szeregach. Zresztą, jestem prawie-nastolatką i prowadzę bloga, to już samo w sobie tak żenujące, że ten jeden głupi wpis niczego nie zmieni.
MÓWIŁAM JUŻ, ŻE DOSTAŁAM A Z OSTATNIEJ PRACY?