czwartek, 5 sierpnia 2010

It always rains in London

Ok, jestem w Londynie trzeci dzień - przed chwilą wstałam - i dziś wreszcie mamy w planach zrobić COŚ konkretnego, co nie opiera się na jedzeniu ani leżeniu. Trzymajcie kciuki, bo pewnie się nie uda. Tymczasem mały opis wczoraj, żeby mogła odpowiadać ludziom zadającym te idiotyczne pytania ,,CO ROBIŁAŚ JAK SIĘ BAWIŁAŚ" (nie są idiotyczne, są zwykłe, ale muszę na coś narzekać) ,,zobacz na blogu", haha, praktyczne i bardzo no-life'owe. ŻYCIE! (moje ulubione powiedzonko ostatniego tygodnia, które irytuje już nawet mnie samą). Więc więc więc.

Po dotarciu do centrum wszechświata (= Trafalgar square) uznaliśmy, że dzień warto jednak zacząć od drugiego śniadania w parku, usiedliśmy więc sobie w st. James' na naszym śliczniutkim kocyku i (wstrzymanie oddechu) zjedliśmy, ja oczywiście brudząc się przy okazji jak świnka.

Później, korzystając z tego, że i tak chcieliśmy iść popatrzeć na ciuchy, poszliśmy do tego ogromnego sklepu z zabawkami na Regent Street, którego nazwy nie pamiętam, ale jest świetny,bo można wszystkiego dotknąć, wszystkiemu zrobić zdjęcie, a sprzedawcy jeszcze się do ciebie uśmiechają, a nie patrzą jak na złodzieja (choć były i traumatyczne przeżycia - pan z latającym czymś dookoła siebie okazał się Polakiem i zrozumiał moje słowa ,,JEZU JEZU TO MNIE ZARAZ ZABIJE, AAAAAA, CHODZMY STAD"). Spotkaliśmy tam NAJSŁODSZĄ maskotkę świata, po którą muszę koniecznie wrócić, bo była małym, różowym lemurem i kosztowała tylko cztery funty.



Następnie udaliśmy się na mały window shopping do Selfridges (zahaczając przy okazji o Topshop, ale ja się boję tego sklepu na Oxford, bo ma milion pięter i dziesięć różnych wejść), no ok, niekoniecznie window shopping, bo szukałam czegoś, co mogłabym sobie zażyczyć od rodziców na osiemnastkę, ale i tak czułam się wśród tych wszystkich super-ciuchów i super-butów jak debil, bo miałam na sobie skarpety w serduszka i błyszczał mi się nos. Wiedzieliśmy więc jak wykorzystać mój panczurski wygląd brudasa - pojechaliśmy na Camden! Z samego Camden nie mam zdjęć, bo zajęliśmy się tam właściwie tylko oglądaniem asortymentu (identycznego jak rok temu), przy czym ja walczyłam z pokusą kupienia sobie miliona sukienek za 10f (postanowiłam, że w tym roku kupię KILKA rzeczy, ale porządnych. Wiecie co jest najgorsze? Mamy pod nosem PRIMARK).
Ok, ok, no ale nadeszła pora podwieczorku, a my obiecaliśmy sobie, że odwiedzimy miejsce, w którym byliśmy rok temu - Candy Cakes na Covent Garden. Kupiliśmy więc burżujskie shake'i o smaku Ferrero Rocher, burżujskie cupcakes i siedzieliśmy patrząc się na wszystkich przechodzących turystów jak królowie życia



Wracając do st. James' gdzie mieliśmy w planach jeszcze trochę poleżeć i nic nie robić znaleźliśmy sklep z importowanymi z Japonii i Stanów słodyczami, po Candy Cakes umieraliśmy z zasłodzenia, więc kupiliśmy tylko dwie przeterminowane gumy balonowe hello kitty i - jak na NAJWIĘKSZYCH na świecie fanów Simpsonów przystało - Flaming Moe, który okazał się obleśnym energy drinkiem, ale miał ładną puszkę, z którą można było sobie porobić zdjęcia (+ dziecko wojny na kocu).




No a później SPADŁ (chociaż lepsze byłoby jakieś niecenzuralne słowo) deszcz, który zepsuł jakiekolwiek nasze plany na wieczór - byliśmy mokrzy, smutni i no hm, mokrzy jeszcze raz, wypiliśmy kawę, poczekaliśmy aż przestanie padać, znaleźliśmy czyjąś kartę do metra i pojechaliśmy do domu.



Dziś świeci słońce (!) więc planujemy wpaść na Portobello, pójść do Holland Park, a później pojeździć na karuzeli koło London Eye, mam nadzieję że się uda. NO I WRESZCIE PÓJŚĆ GDZIEŚ WIECZOREM.

Buziaki!

5 komentarzy:

Natalka pisze...

Bez kitu, kubek od shake'a jest boski i pasuje Ci do paznokci ;) bardzo fajna fotorelacja. Pozdrawiam :)

...Iww... pisze...

Świetna relacja :D a ten misiek lemur jest cudowny :>

juhu pisze...

haha, moja mama tez ostatnio byla i zachwalała Candy cakes :D
ej mała, kup mi coś ładnego! w listopadzie postaram Ci sie cos z berlina przywiezc a potem z oslo ^^

Sara pisze...

Fajne zdjęcia, super się czyta i ogląda :) Urocze skarpetki :)

Tamaryna Białoczuba. pisze...

och :( przez twoją nocie umieram z zazdrości i się bardzo niecierpliwie bo ja do Anglii pojadę dopiero we wrześniu... a to jeszcze taaaaaak długoooo :*