środa, 11 sierpnia 2010

Panic on the streets of London

Dziś będzie dużo dużo dużo, bo jestem leniem i nie chce mi się opisywać wszystkiego na bieżąco, pewnie i tak uda mi się zawrzeć w tym wpisie z dwa dni, no ale przynajmniej będę trochę do przodu.
... a tymczasem wydarzyło się milion ciekawych i mniej ciekawych rzeczy, m.in.:

Byłam w muzeum wojny, które było w sumie podobne do miliona innych muzeów o wojnie i wystaw o wojnie, na które chodzi się mając rozszerzoną historię w szkole, ale i tak mega smutne, bo ja się bardzo przejmuję takimi rzeczami, chociaż udaję, że nie.



I w regent's park, który jest najładniejszym parkiem na świecie i ma śliczne rozarium, które teraz okazało się być tylko w połowie tak ładne jak rok temu, bo UWAGA UWAGA w lipcu w Londynie było tak ciepło, że nikt nie podlewał kwiatków, bo nie mieli chyba na to siły. No cóż, szkoda że teraz jest sierpień i codziennie pada. A, korzystając z bycia bogaczami (potem zgubiłam dwadzieścia funtów rozrzucając całą moją kasę po pokoju i krzycząc ,,BOGACTWO" - punkt dla mnie) byliśmy jeszcze na obiedzie w restauracji, a potem zafundowaliśmy sobie prawdziwe brytyjskie MALINY i TRUSKAWKI z sieci delikatesów TESCO (= luksus i zazdrość tłumów, hahah).







Następnego dnia poszliśmy do jakiegoś dziwnego miejsca, które potem okazało się być godnym-odwiedzenia-miejscem-opisanym-w-przewodniku na wystawę zorganizowaną z okazji 20-lecia Maison Martin Margiela (które miało miejsce 2 lata temu, ale cóż). Wystawa jest przecudowna i jeśli będziecie do października (?) w Londynie i interesujecie się modą albo po prostu lubicie chodzić na ciekawe, ładnie zaprojektowane wystawy to naprawdę polecam wydanie tych sześciu funtów w Sommerset House, nie pożałujecie :). Potem miałam zaplanowaną super-sesję-na-lookbooka w Holland Park, no ale się rozpadało, więc resztę dnia spędziliśmy chodząc po biurowcowej części City, którą lubię, bo uwielbiam wysokie budynki (zabrzmiało dziwnie), pijąc kawę i analizując tabele wartości odżywczych Starbucksa (którego nie lubię, no ale jak pada...). Przy okazji foci na lookbooka wbił nam się w tło czerwony autobus, więc wyszła mi idealna, turystyczna fotka (tylko minę mam jakąś słabą:)). A, no i spotkała mnie przygoda życia - szalona wiewiórka wskoczyła na mój przód i moje plecy, zdjęcie z zaistniałej sytuacji jest dość żenujące, jak ktoś ma mnie w znajomych na facebooku, to może sobie oglądnąć.






Następnego dnia była ładna pogoda (!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!), a co zrobić kiedy jest ładna pogoda? Najlepiej pojechać na Greenwich, rozłożyć koc i nie robić zupełnie niczego. Ładna pogoda i greenwich to też dobre okazje na pokazywanie klaty bądź seksownego dekoltu (no, ja zaliczam się do pierwszej kategorii). Przy okazji odwiedziiśmy wielki hipermarket Sainsbury, bo po cichu liczyłam,że to ostatnie miejsce w Wielkiej Brytanii, gdzie można kupić dietetyczną, waniliową colę, skończyliśmy z dr pepperem zero, którego wypiliśmy tyle, że nigdy już nawet na niego nie popatrzę, ale LANS NA AMERYKANSKIE PICIE jest. Potem do późna chodziliśmy po St.James' park i Hyde Parku, no a potem UJAWNIŁA (bo przez osiemnaście lat mojego życia nie istniała) się moja kontuzja kolana, która była bohaterem minionych dni, ale o tym kiedy indziej.








Jak widzicie to co robię nie jest jakieś wybitnie ciekawe - jestem w Londynie drugi raz, a i za pierwszym razem nie miałam ochoty na typowo ,,turystyczne zwiedzanie" (nie widziałam jeszcze zmiany warty, nie byłam na London Eye ani w Madame Tussaud's , w katedrze świętego Pawła i w ogóle, słaby ze mnie turysta). Od sztampowych wizyt zdecydowanie wolę różne galerie, wystawy które mnie interesują (jak np. ta wyszukana wystawa Margieli, chyba poświęcę jej osobny wpis), chodzenie po cukierniach (i niejedzenie niczego na drugi dzień) i leżenie w parkach. W nadchodzących dniach będę oszczędzać na szalone ciuchowe zakupy, więc też moje przygody nie będą zbyt fascynujące, mimo wszystko, stay tuned! Buziaki :).


Ps. Dziś dowiedziałam się, że wygrałam miejsce w Letniej Akademii Mody w konkursie stylio i już 23 sierpnia zawitam na prawie tydzień do Krakowa, mega się cieszę! ;) Tym samym, wraz z HonneyBunny udowodniłyśmy, ze Jelenia Góra to najbardziej stylowe miasto na świecie :p.

Ps 2. Ktoś pod ostatnią notką pytał się mnie w jaki sposób schudłam - ponieważ dostawałam takich pytań b. dużo na poprzednim blogu i dostaje je też teraz, również temu niesłychanie ważnemu (...) etapowi mojego życia poświęcę notkę, wiem że nie możecie się doczekać ;)

7 komentarzy:

ace-von-caroline pisze...

bardzo przyjemne nie-turystyczne zdjęcia. zazdroszcze ci chillowania w londynie na trawce ;)

Anonimowy pisze...

Ja w tym roku wydałam na wyprzedażach w londyńskim Primarku całą kasę, jaką zbierałam przez rok, ale przynajmniej mam teraz super ciuchy, więc jest ok, nie? I zazdroszczę nagrody w tym konkursie+ czekam na relację;D
Kaśka

Aśa :) pisze...

W Londynie jeszcze nigdy nie byłam. Wstyd mi trochę, bo przecież to tak blisko. Z drugiej strony, gdybym była z 10 lat młodsza to pewnie zaliczyłabym to miasto już nieraz. A tak, ciągle coś staje na drodze - a to praca, a to dom, a to kasa potrzebna jest na coś "ważniejszego" itd. Ale marzy mi się od tak po prostu powłóczyć się po tym mieście.
Zazdroszczę Akademii mody. I gratuluję oczywiście.

Sara pisze...

Uwielbiam Twojego bloga! Jest o wiele fajniejszy niż poprzedni, chociaż tamten również bardzo mi się podobał :)

Świetna relacja fotograficzna i super sety, szczególnie pierwszy i ostatni :)

Anonimowy pisze...

gdzie kupiłaś torbę?

Anonimowy pisze...

zara

Anonimowy pisze...

poka poka zdjęcie z wiewiórą c: