sobota, 9 października 2010

Tell me the truth - is it love or just Paris?

Ha, wygląda na to, że mam małe spóźnienie! Paryski fashion week skończył się przecież kilka dni temu ciekawym (ale dla mnie - niezbyt zachwycającym) pokazem Miu Miu. Oczywiście tłumaczę się jak zawsze - blablabla nauka, blablabla posiadanie życia, no wiecie, to czasem może utrudniać pisanie takich bzdurek, których i tak nikt nigdy nie przeczyta. No ale udało się - znalazłam trochę czasu by stworzyć sobie swoje subiektywne the best of, najlepszą paryską piątkę. Nie będzie w niej, niestety, Miu Miu, nie będzie jak dla mnie najgorszej kolekcji Paryża - LV, ani miałkiego Chloe, które chyba totalnie straciło już moje uznanie. Co więc będzie (ok, to głupie pytanie, wystarczy zjechać trochę bardziej na dół, ale postopniujmy jeszcze trochę napięcie, udając że kogokolwiek to obchodzi)? Jedna bardzo słaba kolekcja, jeden wielki debiut i trzy, które jeszcze z rok temu zupełnie by mi się nie spodobały. No to jedziemy (w kolejności przypadkowej)

1.Celine

Phoebe Philo. To imię i nazwisko powinno mówić wszystko o najnowszej kolekcji Celine. Jeśli jednak z modą macie niewiele wspólnego i nie wiecie co ta pani zrobiła dla zakurzonego, nudnego domu mody wyjaśnię wam krótko - w jeden sezon nie dość, że odbudowała markę, to uczyniła ubrania Celine najbardziej pożądanymi w świecie mody (a jednocześnie superekskluzywnymi!). I choć od tego czasu minął (jeśli się nie mylę) rok, to ubrania Philo nadal mają TĘ świeżość, pomimo podobieństwa do propozycji z zeszłego sezonu.W projektach dla Celine jest tym razem trochę mniej minimalizmu, a nawet wzory! Phoebe wie jak dawkować smaczki opracowując jednocześnie swój sygnaturowy look – nowoczesną elegancję, która pomimo pozornej oficjalności ubrań jest niesamowicie seksowna i kobieca.





2.Givenchy

Moja patologiczna miłość do Riccardo Tisciego mnie przeraża – nie dość, że napisałam maila do Pudelka o treści ,,jak możecie nie wiedzieć, że koleś stojący obok Natalii Vodianowej na zdjęciu, to nie jej łysy mąż-hazardzista, ale jeden z najlepszych projektantów na świecie?”, to jeszcze absolutnie kocham tę kolekcję. Pomimo, że nie jest najlepsza, a do Haute Couture, Resortu, czy choćby poprzedniego sezonu ma się nijak i wypada blado. Panterka, serio? Przezroczystości? No ej! Mimo wszystko, ktoś już gdzieś napisał, że w projektach Tisciego jest coś takiego, że wybacza się im wszystko – nie można tego lepiej powiedzieć. Gdyby tę kolekcję stworzył ktoś zupełnie inny to to już po prostu nie byłoby to. A ja i tak czekam na następne Haute Couture. R.T <3.






3.Alexander McQueen

Moja pierwsza myśl po przeglądnięciu zdjęć tej kolekcji? No jasne, jak każdego - ,,McQueen the Best of, czyli Sarah Burton idzie na łatwiznę”, po chwili jednak uderzyły mnie dwie rzeczy:
a) Sarah Burton od piętnastu lat pracowała dla McQueena, zajmując się przede wszystkim wzorami
b) Punkt o wiele ważniejszy – co by było gdyby w tej pierwszej kolekcji Burton obrała zupełnie inny kierunek. Wyobrażacie sobie głosy oburzenia? McQueen umierając tragicznie stał się, chcąc nie chcąc, symbolem, dla niektórych wręcz świętością, a jej nie można sobie od tak „szargać”.
Dlatego, według mnie, następczyni Lee spełnia się w tej roli idealnie. Oczywiście, nie jest tak jak było – odrobinę więcej tu lekkości i ugładzenia sylwetek, trochę mniej teatralności i dramatyczności. Nie zmieniło się jednak to, co najważniejsze – sukienki to nadal małe dzieła sztuki, a za tę ze skórzanych listków dałabym się torturować przez kilka dni.






4.Rick Owens

Ok. – to moja ulubiona kolekcja paryskiego fw. Przykro mi, naprawdę mi przykro, ale mam słabość do maxi spódnic, a to, w jaki sposób Owens połączył je z tymi odcinanymi skórzanymi, kamizelkami (koszulkami?) jest po prostu niewyobrażalnie cudowne. Fakt, makijaż i kosmiczne ozdoby na włosach średnio wskazują na to, że jest to kolekcja do noszenia, ale zabierzcie je i zastąpcie lekkim make-up’em – widzę dziewczynę ubraną tak nawet na polskich ulicach. Świetne są i krótsze propozycje Owensa – ekscentryzm i ciekawe drapowania połączone z modową klasyką – mniam!






5.Ann Demeulemeester

Chyba nie ma tu looku, który by mi się nie podobał – pomimo pomieszania z poplątaniem, wzorów, cięć, dziwnych drapowań wszystko tworzy idealnie spójną całość, która wydaje się stworzona niemal bez wysiłku. Jest dużo, ale nie ZA DUŻO, w czym pomagają chyba klasyczne (ale nie nudne) kolory. No i – tych ubrań na pewno nie skopiują sieciówki, bo ich tanie podróbki wyglądałyby po prostu brzydko (no, chociaż skórzany t-shirt Celine też wydawał mi się nie do podrobienia, dla H&M’a nie ma rzeczy niemożliwych) . Kolekcja Ann jest chyba idealnym potwierdzeniem, tego co usłyszałam niedawno – że to ze strony belgijskich projektantów idzie teraz ,,to nowe”. No, trzymam kciuki!








A tymczasem wracam do życia i innych takich, mniej ciekawych, czynności. Buziaki!

4 komentarze:

agnik pisze...

na odnoszenie się do twojego subiektywnego the best of paris fw nie mam obecnie ochoty, ale chciałam po prostu zakomunikować ci, jak bardzo lubię czytać twoje posty. w tym wypadku to obrazki są dodatkiem, a to przecież rzadko spotykane w blogosferze:-) nieziemsko mnie bawisz dystansem to świata i swojej osoby :-) jesteś boska! <3
pozdro600

fast_fashion pisze...

j/w :) pozdrawim

Anonimowy pisze...

mogłabyś podać nazwę hotelu, w którym mieszkałaś w te wakacje w Londynie?

Dag'marre pisze...

Nie mieszkałam w hotelu :)